Wiemy już z całą pewnością, że pierwotną przyczyną większości naszych dolegliwości, dysbalansu w ciele i umyśle i wreszcie chorób jest psychosomatyka. Nawet medycyna akademicka uznaje, że cichym, ale skutecznym niszczycielem naszego zdrowia jest stres. Z roku na rok WHO alarmuje o stale rosnącej liczbie śmierci, której podłożem są choroby wywołane stale utrzymującym się napięciem wewnętrznym. To on staje się „najpopularniejszym” środkiem do pożegnania się z tym światem.
No dobra – tylko co z tym zrobić? Nie da się przecież zalecić pacjentom i sobie samemu: „proszę się nie stresować…”
Stres towarzyszy ludzkości od początku jej istnienia. To biologiczna, atawistyczna reakcja organizmu, zaprogramowana w nas przez tysiące lat ewolucji, a jej jedynym zadaniem było – przetrwanie gatunku. Reakcja „walki albo ucieczki” gwarantowała nasze przeżycie i ewolucyjne doskonalenie się. Jak widać – skutecznie. Przynajmniej do czasu…
Ludzie pierwotni, napotykając na swej drodze jakieś zagrożenie – np. tygrysa szablozębnego, albo gdy czuli „lekki dyskomfort psychiczny” polując na mamuta, stosowali jedną z trzech, zaprogramowanych w naszym autonomicznym układzie nerwowym reakcji: walczyli, uciekali lub pozostawali w bezruchu. Jakby nie patrzeć – stosując którąkolwiek z powyższych strategii, mieli kupę w majtkach – stresowali się. To właśnie stres dawał im szanse na przeżycie (uniknięcie pożarcia, lub zdobycie żarcia).
To dlaczego dzisiaj tak nie lubimy stresu, który kiedyś ratował nam życie, a teraz nam je odbiera?
Chcąc znaleźć odpowiedzi na te pytania, znów musimy cofnąć się do czasów człowieka pierwotnego. Stres wywołany spotkaniem (walką lub ucieczką) z tygrysem szablozębnym, czy polowaniem na mamuta był oczywiście bardzo silny i intensywny, ale – i tu tkwi rozwiązanie zagadki – krótkotrwały. Zaraz, gdy tylko sytuacja stresogenna (bo tygrys i mamut są jedynie przykładami takowej) minęła, człowiek pierwotny miał czas i sposobność odreagować ten stan i wyciszyć część współczulną AUN. Robił to oczywiście nieświadomie: szedł spać, był poklepywany po ramieniu, chwalony za siłę, spryt i umiejętność uniknięcia śmierci i/lub zdobycia pożywienia. A i znajdował ukojenie w ramionach partnerki… Tak czy siak, już w kilka chwil po zaistniałej stresogennej sytuacji, jego stan emocjonalny wracał do normy. Reset.
Człowiek współczesny żyje w środowisku fundującym mu setki, tysiące stresorów stymulujących go jednocześnie, z każdej strony i długoterminowo. Problemy w szkole, pracy, domu, rodzinie, problemy wychowawcze, życie pod presją czasu, obowiązków i terminów, wielopunktowa lista spraw do codziennego załatwienia, media – ilość i jakość informacji, które bombardują nasz AUN nieustannie. Jesteśmy przebodźcowani od wczesnego rana do późnego wieczoru. Całymi latami. Autonomiczny Układ Nerwowy współczesnego człowieka jest stale przeciążony.
Natura, ewolucja dała nam mechanizmy do radzenia sobie z jednym tygrysem czy mamutem na raz, a nie z tysiącem bodźców jednocześnie. Nasza atawistyczna reakcja walki lub ucieczki nie zna pojęcia dystansu i przestrzeni. Nawet gdy czytamy, oglądamy czy słuchamy o katastrofach, kataklizmach, konfliktach zbrojnych, zawirowaniach geopolitycznych czy epidemiach dziejących się nawet daleko od nas, gdy nie dotyczą one nas bezpośrednio – i tak nasz układ współczulny działa na maksymalnych obrotach.
Żyjemy w ciągłym zdenerwowaniu, napięciu fizycznym, niepokoju, poczuciu zagrożenia, lęku o siebie i bliskich. To powoduje całą kaskadę (i utrzymywanie się jej) fizycznych, emocjonalnych, neurologicznych, hormonalnych procesów. I tu dochodzimy do sedna – zatracamy możliwość i umiejętność wyciszenia, regeneracji, resetu. Spalamy się i wypalamy systematycznie i skutecznie. Na efekty tegoż permanentnego stanu nie musimy aż tak długo czekać…
Hypoadrenia – bo o niej tu mowa – to najczęstszy i najbardziej brzemienny w skutkach efekt utrzymującego się przebodźcowania AUN. Choć urasta do rozmiarów epidemii, wciąż nie jest uznana przez medycynę akademicką za jednostkę chorobową i nie jest traktowana jako przyczyna wielu ogólnoustrojowych dolegliwości i zaburzeń homeostazy. Owszem, medycyna zna i opisuje dwie konkretne choroby nadnerczy: chorobę Addisona i Cushinga, ale nadal nie dostrzega globalności i wieloaspektowości w oddziaływaniu na nasze ciało zespołu wyczerpanych (wypalonych) nadnerczy. Śmiało zaryzykuję tezę, że każdy z nas doświadczył, lub doświadcza aktualnie – w większym czy mniejszym stopniu – syndromu wyczerpania nadnerczy – czyli właśnie hypoadrenii…
I znów wracamy do naszego praprzodka. Fizjologiczną i bardzo pożądaną – reakcją na stres (walka/ucieczka) było natychmiastowe uruchomienie konkretnych procesów biochemicznych – błyskawiczne uwolnienie do krwioobiegu znacznych ilości adrenaliny, noradrenaliny i dopaminy. Hormony te produkowane i wydzielane są przez nasze nadnercza. Ich zadaniem jest natychmiastowe przygotowanie ciała do reakcji (walka/ucieczka). To pod ich wpływem zwiększa się ciśnienie krwi, która wpompowywana jest do mięśni, aby stały się gotowe i jak najlepiej przygotowane do odparcia ataku/zaatakowania lub ucieczki. Rozszerzają się oskrzela – poprawia się wydolność płuc. Zwiększa się prędkość reakcji. Mięśnie, serce i umysł wchodzą na najwyższe obroty.
Gdy ten stan się utrzymuje przez następnych kilka minut, automatycznie uruchamia się system podwzgórze-przysadka-nadnercza. Te ostatnie (znów nadnercza!) wydzielają do krwioobiegu kolejny hormon – kortyzol – będący paliwem do dalszego działania i utrzymania „zdolności bojowej”. Hormon ten – w przypadku zranienia – wspomaga wywołanie w naszym ciele stanu zapalnego, który ułatwia późniejsze, ewentualne gojenie się rany. Kortyzol wpływa na przeorganizowanie funkcji życiowych – pobudza te, które potrzebne są do przetrwania: przyspiesza bicie serca (podnosi ciśnienie krwi), zwiększa ukrwienie (i napięcie) mięśni – kosztem innych organów; hamuje pozostałe, te które w sytuacji zagrożenia są mniej istotne: spowalnia działanie układu odpornościowego, trawiennego, rozrodczego i systemu odnowy komórkowej. Tłumi wyższe funkcje mózgu: zapamiętywanie, analizowanie czy uczenie się.
Dla człowieka pierwotnego, gdzie – jak już pisałem – stres był intensywny, ale krótkotrwały, było to idealne rozwiązanie. Dla człowiek współczesnego – już niekoniecznie. Na skutek stale, permanentnie utrzymującego się stresu – nawet, jeśli jest on mniej intensywny niż u naszego praprzodka, nadnercza pracują na najwyższych obrotach całymi miesiącami – ba! – latami. Kortyzol zalewa nasze wszystkie organy tworząc efekt kuli śnieżnej – jedno napędza drugie: kortyzol napędza utrzymujący się stan podwyższonej gotowości do działania – stres, a ten pobudza wytwarzanie i podaż do organizmu zwiększonych dawek kortyzolu.
Spirala się nakręca wywołując konkretne objawy somatyczne. Jak łatwo przewidzieć, nasze biedne nadnercza z czasem wypalają się i wyczerpują. Hypoadrenia gotowa…
Michael Lam, specjalista endokrynolog – badacz i propagator tematu syndromu wyczerpanych nadnerczy w środowisku medycyny akademickiej, przedstawia listę somatycznych symptomów, pojawiających w hypoadrenii:
– trudności w zasypianiu pomimo zmęczenia; częste, nocne wybudzenia ze snu, chroniczne poranne zmęczenie, nadaktywność w godzinach wieczornych;
– nocna palpitacja serca i towarzyszące jej odczucie niepokoju;
– utrzymujące się stany lękowe, ataki paniki;
– niedoczynność/nadczynność tarczycy (nawet przy stosowaniu leków)
– stany depresyjne (utrzymujące się pomimo przyjmowania antydepresantów);
– stałe rozdrażnienie, niemożność zebrania myśli;
– uczucie zmęczenia pojawiające się między godz. 15 a 17 oraz 21-22 ale z wyraźnym oporem przed położeniem się spać;
– stale utrzymujące się niskie ciśnienie krwi, spadek libido;
– niezdolność do radzenia sobie na co dzień nawet z niewielkimi problemami/stresem;
– częsta potrzeba picia kawy/energetyków/cukru w ciągu dnia aby móc funkcjonować w ogóle;
– łaknienie na mocno słone potrawy;
– endometrioza, zespół jajników policystycznych, włókniaki macicy, mastopatia piersi, niemożność zajścia w ciążę, poronienia w pierwszym trymestrze;
– wyczerpanie i depresja poporodowa;
– bolesne miesiączki, ich zanik;
– przedwczesna, z nasilonymi objawami menopauza;
– gromadzenie się tkanki tłuszczowej na brzuchu;
– wypadanie włosów bez wyraźnej przyczyny;
– nietolerancja skrajnych temperatur;
– zespól jelita drażliwego z tendencją do zaparć bez wyraźnego powodu;
– bóle stawowe (w tym kręgosłupa) nieznanego pochodzenia;
– zaniki; bóle mięśni;
– przedwczesne starzenie się skóry (i starzenie się w ogóle);
– utrzymujące się sińce pod oczami, utrata zdrowego kolorytu skóry;
– zimne dłonie i stopy;
– łuszczyca;
– bóle i zawroty głowy, szumy uszne o niezidentyfikowanej przyczynie;
– uczucie ciężkich nóg (pamiętacie reklamę specyfiku na „zespół niespokojnych nóg? );
– uczucie napięcia w całym ciele bez możliwości odprężenia się;
– lekooporna fibromialgia;
– spadek odporności ogólnoustrojowej, zwiększona podatność na infekcje bakteryjne i wirusowe (i inne drobnoustrojowe paskudztwa: candida, borelioza itp.);
– problemy z pamięcią, koncentracją;
– i pewnie jeszcze mnóstwo innych…
Na szczęście można temu zapobiegać! Na szczęście można „leczyć” i minimalizować skutki hypoadrenii!!!
Tylko jak? Poszukamy odpowiedzi w drugiej części artykułu, kliknij i czytaj dalej…
Dariusz Serafin
D.O.; RCST; PCE (w szkoleniu)
MagdarMed Terapia manualna




